Przejdź do głównej zawartości

Szerszenie

Na chodniku leżały martwe szerszenie. Niektóre niemrawo poruszały odnóżami, ale już nawet nie starały się odlecieć. Były pokłosiem wczorajszej wizyty tajemniczego auta na posesji obok, dwojga ludzi, z których jeden, ubrany w niepokojący, siatkowany strój prawdopodobnie doprowadził do wytrucia całego gniazda owadów.
Szerszenie nie wydawały się już być groźne. Poranek był chłodny, słońce jeszcze nie wzeszło dość wysoko i w powietrzu czuć było wilgoć i niższą temperaturę sprzed świtu. Jakieś auto przejechało ulicą rozjeżdżając kilka trucheł, ktoś przechodząc po drugiej stronie ulicy również rozdeptał nieruchome odwłoki. 
Przy chodniku zauważyła delikatny ruch. Jeden z szerszeni wydawał się być nieco żywszy, osłabienie nie pozwalało mu odlecieć, ale w jego zachowaniu widać było większą żywotność. Obok były jeszcze dwa, podobnie bardziej ożywione.
Zaniosła je na podwórko. Właściwie nie wiadomo było, co z nimi zrobić. To owady, i tak żyją krótko, w powszechnej świadomości to groźne potwory zabijające ludzi jednym sztychem żądła. Nikt nie czytuje analiz porównujących ich jad z jadem osy, mówiących o niskiej agresji i fakcie, że jeśli nie dochodzi do wstrząsu anafilaktycznego to tak naprawdę po prostu tylko boli bardziej, bo i żądło jest większe, i jadu nieco więcej. Ale zagrożenia śmiercią nie ma. Szerszeni, tak jak komarów, nikt nie żałuje. Nikt nie zwraca uwagi na wyrafinowane korytarze, które budują, budowle w pniach, gniazda pod ziemią, na skomplikowane budowle, do których nie wykorzystują narzędzi. Mało kto zauważa, że szerszenie nie latają natrętnie koło głowy jak osy, że trudno je  zwyczajnie wkurzyć. Ich buczenie jest niskie, nawet przyjemne w brzmieniu, mają ciekawy, miodowo-czarny kolor odwłoków i zwyczajnie są ładne oraz trochę ciekawskie.
Nikt nie ma ochoty na sąsiedztwo gniazda szerszeni bojąc się zaatakowania przez cały rój.  
Otumanione szerszenie znalazły miejsce w doniczce, w której rósł dziki mniszek i kilka traw. Na źdźbłach było jeszcze parę kropel rosy, natomiast całość znajdowała się w dobrze nasłonecznionym miejscu, zapewniającym zmiennocieplnym stworzeniom dobre warunki do nagrzania ciała. Ich ruchy nadal były niemrawe, może nawet wolniejsze niż przed chwilą, wchodziły na siebie i potykały się o własne odnóża. Jeden prawie w ogóle się nie ruszał. 
Kilka dni później po gnieździe szerszeni pozostały sporadyczne resztki trucheł na chodniku i trzy wysuszone truchła w doniczce. Pod koniec lata i te się rozłożyły i zniknęły. 

Komentarze